Każda historia ma swój koniec i początek. Moja zaczyna się tutaj, w Londynie. W miejscu, którym nigdy bym się nie spodziewała. W miejscu, którego nienawidziłam całym sercem. Zaczyna się tu i teraz, kiedy nie jestem jeszcze na to gotowa. Przyjeżdżając tutaj nie wiedziałam na co się piszę. Nie sądziłam też, że ta historia tak się skończy.
- Gdzie to, do cholery jest?! - wrzasnęłam i rzuciłam telefon na siedzenie pasażera - Cholera!
Od dziesięciu minut krążyłam wokół Bing Road szukając domu mojej matki. Dodatkową przeszkodą było to, iż nigdy go nie widziałam. Nie odwiedzałam mojej matki odkąd wyprowadziłam się z ojcem dziesięć lat temu. Od tego czasu mieszkałam z ojcem w Filadelfii, podczas gdy moja matka balowała w Londynie za pieniądze swojego nowego partnera, Briana.
Brian Goldman był wysokim, czterdziestoletnim mężczyzną o szarych oczach i grubym portfelu. Uwielbiał kupować mojej matce drogie ubrania i włoskie buty. Dlatego mama z nim była.
Kiedy mój ojciec, szef konfederacji rządowej zostawił matkę, bo zorientował się, że go zdradzała, ona od razu zaczęła szukać kogoś równie zamożnego jak tata.
Oczywiście Jessica nie była bezrobotna. Pracowała jako prawnik, ale jej pensja nie była w stanie pokryć cotygodniowych wycieczek do Paryża lub Rzymu.
Podniosłam telefon i jeszcze raz spojrzałam na na adres. Bing Road 246.
A może chodziło o King Road? Pewnie moja mama spieszyła się wysyłając mi adres i zrobiła błąd? Zapewne tak było, gdyż Bing Road nie wyglądała na standardy Jessici Stonem. Ciekawe czy nadal używa tego nazwiska? I czy jest szczęśliwa z Brianem. Ciężko powiedzieć cokolwiek o kimś kogo nie widziało się dziesięć lat.
No oczywiście! Wysłała mi zły adres. Dzięki mamo.
Dojechanie na King Road zajęło mi dwadzieścia minut. Tak, to na pewno tu.
Ulica była dokładnie wysprzątana, a przy chodniku posadzone były krzaki róż. Na każdym podwórku trawa była idealnie skoszona, a żywopłoty perfekcyjnie przystrzyżone.
Domy nie przypominały domów. Raczej pałace. Oczywiście na mnie nie robiło to zbytniego wrażenia. Byłam przyzwyczajona do wszystkiego co najlepsze. I najdroższe.
Jest! KING ROAD 246! Znalazłam!
Zaparkowałam mojego Chevroleta przed dużą, białą, nowoczesną willą. Bardzo różniła się od urządzonego w wiktoriańskim stylu pałacu, w którym mieszkałam w Filadelfii.
Uradowana chciałam wybiec z auta, ale pas bezpieczeństwa przycisnął mnie z powrotem do siedzenia.
Prychnęłam i odpięłam pas. Otworzyłam drzwi i spokojnie wysiadłam z samochodu. Teraz kiedy poczułam zimny, londyński wiatr mój entuzjazm spadł do zera. W Filadelfii nigdy nie było specjalnie ciepło, ale przynajmniej świeciło słońce.
Dopiero teraz mi się przypomniało. Nie cierpię mojej matki. Nienawidzę jej za to co zrobiła tacie. Amber ma rację. Nasza matka jest samolubną suką.
- Vickie! - usłyszałam głos mamy. Nie, to nie był głos mamy. Moja mama miała wyższy głos. Ten był czysty i melodyjny.
Madeline.
Moja mała Mimi.
Cóż, już nie taka mała.
Madeline miała już prawie metr sześćdziesiąt wzrostu. Jej jasnozłote włosy opadały kaskadami na opalone ramiona. Lodowo niebieskie oczy patrzyły na mnie z zaciekawieniem, a malinowe wargi wykrzywiła się w zjadliwym uśmieszku. Miała dziecięce rysy, co sprawiało, że nie wyglądała na szesnaście lat.
Opierała się nonszalancko o marmurową kolumnę ubrana w granatowobiały mundurek.
- Miło cię widzieć, Vickie - Madeline podeszła do mnie i przytuliła mnie. Od dziesięciu lat
nie obdarzyła mnie takim gestem. Właściwie, ona nikogo nie przytulała. To nie było w jej stylu. Mimi starała się udawać zimną sukę.
- Ciebie także, Mimi - uśmiechnęłam się chłodno.
Moje relacje z siostrą były skomplikowane. Widywałam ją tylko dwa dni w roku, w czasie ferii świątecznych. Kochałam ją, ale nie okazywałam jej tego zbytnio. Zwłaszcza, że dwa lata temu przestała odwiedzać mnie i tatę.
Nastała niezręczna cisza. Ani Mimi, ani ja nie wiedziałyśmy co powiedzieć.
- Masz nowy tatuaż - zauważyła Mimi. Rzeczywiście, głowa tygrysa pojawiła się na moim palcu stosunkowo nie dawno. - Ładny.
- Dzięki - odpadłam lustrując ją wzrokiem - W twojej nowej szkole są mundurki?
Przytaknęła, ale bez entuzjazmu.
- Co tam u Amber? - spytała.
- Zaczęła studia na Oxfordzie - mruknęłam.
- Acha - odparła Mimi.
I znów cisza. Mimi nie przepadała za Amber. Zapytała o nią z grzeczności. A Amber nie lubiła kiedy o niej mówiono. Oczywiście, w przeciwieństwie do Madeline, która kochała być w centrum towarzystwa. Może dlatego się nie dogadywały.
Ta rozmowa zrobiła się mecząca. Nie miałam pojęcia o czym z nią rozmawiać. Nie należałam do osób towarzyskich, a Mimi moim towarzystwie nie czuła się najlepiej.
- Jak minęła podróż, Vickie? - obok Madeline pojawiła się moja matka, Jessica - niegdyś - Stonem. Teraz prawdopodobnie Jessica Goldman.
Jej wygląd sprawił, że znienawidziłam ją jeszcze bardziej.
Nie wyglądała na czterdzieści cztery lata. Jej twarz była niepokalana zmarszczkami - prawdopodobnie dzięki botoksowi. Duże, błękitne oczu, które odziedziczyła po niej Amber, posłały mi ciepłe spojrzenie. Blond loki okalały jej opaloną twarz. Jessica była szczupła i piękna.
Miała na sobie drogą, czarną sukienkę od Diora i buty od Cholé.
Nienawidzę jej.
- Dobrze - prychnęłam - zwłaszcza, że wysłałaś mi zły adres.
Jessica wymamrotała przeprosiny, ale ją zignorowałam.
- Gdzie mój pokój? - spytałam beznamiętnie.
- Pierwsze piętro, drugie drzwi od lewej.
***
Opadłam na łóżko w swoim pokoju. Muszę zrobić tu remont, uznałam. Ściany były pomalowane na pastelowy błękit, a białe ręcznie zdobione meble tylko nadawały dziewczęcego charakteru. Źle się tu czułam. Zaplanowałam już nawet jak przerobię ten pokój. Ściany będą białe, a meble z czarnego drewna. Może wstawię tu pianino? Albo play station? Z zamyślenia wyrwał mnie dzwonek telefonu. Przeciągnęłam zieloną słuchawkę i przystawiłam urządzenie do ucha.
- Halo? - mruknęłam do słuchawki.
- Vickie Stonem? - usłyszałam ciepły sopran jakiejś dziewczyny.
- Przy telefonie - odparłam.
- Hej, Stonie. To ja Olivia.
- Olivia? - zdziwiłam się. Nie miałam pojęcia z kim rozmawiam. Na początku sądziłam, że to moja przyjaciółka, Caroline.
- Olivia Winslow. Pamiętasz mnie? Przyjaźniliśmy się w podstawówce. Usłyszałam od mojej mamy, że wróciłaś do miasta.
Już pamiętam! Olivia Winslow była moją przyjaciółką od przedszkola. Uwielbiałam ją. Dopóki nie wyjechałam do Filadelfii. I nie poznałam Caroline i Sydney.
- Tak, to prawda. I co w związku z tym? - spytałam oschle. Nie byłam w humorze.
- Myślałam, że może zechciałabyś wyjsć ze mną na imprezę dziś wieczorem. Będzie zajebiście.
Zamyśliłam się chwile. Czy miałam ochotę na imprezę? Na pewno nie chciałam siedzieć w tym przeklętym domu. Ale impreza? Czy chciałam na nią iść? Mogłam zostać w domu i grać w skrable z matką albo iść na zakupy z Madeline.
- Tak, z chęcią - powiedziałam po chwili.
- To super! Wpadnę do domu twojej matki za dwie godziny i pójdziemy do moich znajomych na imprezę.
- Okej, to do zobaczenia, Chachi - powiedziałam i rzuciłam telefon na fotel na przeciwko łóżka.
Niechętnie podniosłam się z pościeli i otworzyłam czarną walizkę od Michaela Krosa ze złotymi detalami.
Coś na imprezę, coś na imprezę, powtarzałam w myślach. Oby nie był to głupi grill u znajomych, tylko prawdziwa impreza.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz